niedziela, 6 sierpnia 2017

Wietnam II- PHU QUOC-rajska wyspa niedaleko Kambodży

PHU QUOC-rajska wyspa niedaleko Kambodży

DZIEŃ 1  i 2




Na wyspę dolecieliśmy już po zachodzie słońca. Niewielkie lotnisko znajduje się niedaleko głównego miasta Duong Dong i plaż pełnych resortów hotelowych po wschodniej stronie wyspy.

Relacje podzielę na dwie może trzy części ze względu na nasz najdłuższy pobyt w jednym miejscu podczas tej wyprawy. 4 noce, w końcu obiecałem Żonie plażing-smażing
(wiecie jak się skończyło? ) :)

Większość turystów prosto z lotniska wybiera się w okolice Duong Dong. Nie ma żadnych publicznych busów, ale jest za to jedna agencja, która ma swoje stanowisko na lotnisku i sprzedaje bilety na własne busiki po 2,5$.
My, straciwszy już i tak większość dnia na przesiadkach i o oczekiwaniu na opóźniający się samolot chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć  do hotelu, dlatego po wyjściu z lotniska złapaliśmy taxi.




Nie ma tutaj żadnych naciągaczy tylko dwie firmy znane na cały Wietnam.
Pracownicy z krotkofalówkami sprawnie obsługują ruch, zamawiając taksówki pod liczbę pasażerów.

Czekając w kolejce, zauważyłem dwie dziewczyny z Anglii, które również rozglądały się za transportem. Zagadałem więc gdzie sie wybierają pokazując na naszej apce maps.me , że mamy po drodze.

Będąc w komplecie po naszą czwórkę podjechała jedna z większych taksówek, więc za trzaśnięcie drzwiami wyszło 17tys dongów, gdzie w sedanie zapłacilibyśmy 12, a w małej toyocie yaris 9-10tys.

Ruszyliśmy. Dziewczyny wysiadały pierwsze, dlatego zostawiły nam połowę należnej kwoty. Przyznam, że mieszkały blisko bardzo znanej knajpy na plaży, ale za to w totalnej ciemnicy.

Nasz hotel nocą

Jechaliśmy i jechaliśmy i w końcu dotarliśmy do naszego hotelu Sandy Phu Quoc. Żona nie wiedząc , że to ten westchnęła, że chciałaby zatrzymać się w takim hotelu:) Jasny, wysoki budynek z wielkimi oknami był ładnie oświetlony i najlepszy na jaki do tej pory trafiliśmy w całym Wietnamie. Mieliśmy tutaj w końcu odpocząć ;)

Po szybkim zameldowaniu się stwierdziliśmy, że pora coś zjeść. Nie było czasu na szukanie jakiejś konkretnej knajpy na kolacje, a te które mieliśmy zapisane akurat w poniedziałek były zamknięte.

I tak przez przypadek zostając zaczepieni przez mocno podpitego Kanadyjczyka trafiliśmy do rodzinnej knajpki z grillem przed wejściem. Po krótkiej rozmowie z nim okazało się, że spędza tutaj każdą zimę.


 Jedzenie na Phu Quoc tylko tutaj


Najlepsze muszle na świecie!!!

Zawsze podchodzimy sceptycznie do takiego nagabywania, ale tym razem to przeznaczenie, że tam trafiliśmy i mogliśmy jeść codziennie najlepsze muszle na świecie! Best ever! Do dzisiaj sie nam śnią.


DZIEŃ DRUGI-Walentynki 2017


Po wielkim bufetowym śniadaniu  ,wypożyczyliśmy skuter zaraz obok hotelu u Pana Fasoli. A jakże inaczej. W planie mieliśmy dotrzeć  jak najdalej na południe wyspy, po drodze zwiedzając farmę pereł, a także plażując na najbardziej znanej plaży Sao Beach.


 Jakbyśmy się zgubili

Trochę się naczytalśmy, że cała wyspa jest w ciagłej „budowie“ . Wszędzie blisko plaży powstają nowe hotele i bogate kurorty. Przez to czasem nie ma wręcz drogi dojazdowej na jakąś dziką plażę.


Farma pereł (największa w Wietnamie) wydaje się być typowo turytycznym miejscem, jednak wyroby chyba wcale nie były drogie.
Do najbardziej oddalonego punktu wyspy na południe mieliśmy 25km, ale na skuterze to zupełnie inny przelicznik mimo, że główną drogą można całkiem szybko jechać.



Gdy dojechaliśmy do An Thoi szukaliśmy fajnej dzikiej plaży, ale trafiliśmy tylko na mały port, gdzie wybitnie śmierdziało rybami.
Wyjeżdzając z tej nieco większej mieściny postanowiliśmy zjeść lunch. Zobaczaczyliśmy narysowany na kartonowej tablicy znak ze strzałką w lewo - Bun Rieu. Wow, wywar z kraba, jeszcze nie jedliśmy:)


 najdalej na południe




To nic, że było gorrrąco, a ten rosołek także był gorący i ostrryyyy.
Jako jedyni błądzący przybysze rasy białej zostaliśmy ciepło przyjęci i mam wrażenie, że dostaliśmy porcję od serca.




Aż ciężko było wsiąść na skuter z tak pełnym brzuchem. Zmierzaliśmy z powrotem, lecz po zachodniej stronie brzegu, w kierunku plaż.


 Pikantne bun Rieu


Pierwszą z nich  była na pół dzika Bai Khem. Dojazd był naprawdę trudny ze względu na budowę wielkiego molocha. Musieliśmy objeżdżać typową „dżunglą“ ! Małe kółka skuteru grzęzły w piasku , a skuter rzucał się jak dziki rumak. Wreszcie dojechaliśmy, a skuter trzeba było zostawić w gąszczu chaszczy. Było kilka par na plaży oprócz nas oraz małe gospodarstwo z kurami:)



Jak w raju prawda?-Bai Khem



Plaża bardzo ładna i w ogóle nie zatłoczona. Jednak jedno ale... Zdjęcia w stronę oceanu są piękne, zobaczcie natomiast od strony brzegu...



Wciąż ta sama plaża-Bai Khem

Masa śmieci. Od nóżek kurczaka, plastikowych butelek po damskie podpaski. Brzmi nieźle co? Dodajmy do tego jakieś pechowe miejsce pełne much, muszek itp.
Wietnamczycy sami robią sobie wielki syf ze swojego raju. Chcą przyjeżdżać na wakację co roku, na święta, a wyjeżdżając zostawiają taki syf. Co najwyżej kolejna budowa zagarnie te śmieci pod piasek....


Dojazd na Bai Khem

Ruszamy dalej w kierunku Sao Beach, która jest nieopodal po tej samej stronie wybrzeża, ale trzeba się wrócić do drogi głównej.

Główna droga przez cała wyspę

Sao Beach to już co innego. Knajpy przy plaży, prysznice i masa ludzi.
Siadamy przy stoliku na plaży przy piwku i marnej rozpuszczalnej mrożonej kawie.
Tutaj, przy restauracjach, jest czysto ale gdy odejdziemy te 300-400metrów to też znajdziemy śmieci, jednak już nie w takiej ilości jak w poprzednim miejscu.


 Bardzo znana Sao beach



Była godzina 16, do hotelu jakieś 20km więc po drodze można by coś jeszcze zobaczyć. Zauważyłem na mapie , że w połowie wyspy po zachodniej stronie jest terminal promowy i market gdzie wszyscy lokalsi się spotykają. I pomyśleć, że nas miałoby tam nie być?! J

Molo przy terminalu promowym-Ham Ninh

Co prawda pora nie ta na jakikolwiek market, ale mamy „prawie“ po drodzę :)

Na miejscu część straganów była jeszcze otwarta. Zostawiając skuter można się przespacerować długim molo, przy którym jest dużo pływających knajpek a w nich można zjeść najświeższe owoce morza.




Od tej temperatury chciało się nam tylko soku z trzciny cukrowej z lodem!
Oczywiście byliśmy prawie jedynymi białymi, więc można było spróbować nas oszukać.
Postanowiliśmy jednak coś zjeść, a stragan młodego chłopaka tuz przy drodze, z kaczkami na rożnie wydawał się być dobrą opcją.



 Pomysłowy sposób na rożen, ale kaczka była pyszna. 2 porcje jakieś 10zł

Okazał się bardzo w porządku , a kaczka z rożna z pieczonymi batatami była pyszna! Byliśmy jedynymi klientami, dla których specjlalnie rozkładał małe krzesełka.


Wieczorem udaliśmy się do baru na plaży. Najpierw jednego, później drugiego... Wkońcu były Walentynki:)

Walentynki 2017


U Icemana-szpinak wodny, ośmiorniczki,żaby
krewetki w sosie z tamaryndowca-yummy

Na kolację wybór był tylko jeden- idziemy do Icemana, co będziemy szukać, a właściciel się ucieszył widząc nas drugi dzień z rzędu w swoim lokalu.
Porcje nie są duże, ale każda kosztuje 1-2$, a czasem trafi się poczekadełko gratis w postaci ostrygi z grilla. My jak to my, więc liczba porcji zbliżała się do dwucyfrowej:) Acha, może nie dla mnie ,ale bardzo ważne. U Icemana pijemy duże piwko Hanoi za 0,5 $ :)

C.D.N.

TUTAJ cały album z Phu Quoc




2 komentarze:

  1. cześć Amigo :) bardzo fajny blog i super opis wyprawy. Będę Cię czytać :) Zapraszam również do mojego bloga https://sigasiga-myworld.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę takiego wyjazdu. Zdjęcia piękne.

    OdpowiedzUsuń