niedziela, 12 marca 2017

Wietnam part II-Deszczowe Hue

DESZCZOWE HUE-CENTRALNY WIETNAM

Czwartego dnia podczas naszego pobytu w Wietnamie pojechaliśmy  do jego dawnej, antycznej stolicy_- Hue. Pierwotnie nie mieliśmy tego miasta w planie ze względu na jego położenie, czyli oddalanie się od Da Nang i południa ,które było przecież naszym głównym celem. Jednak nie do pomyślenia było, aby być tak blisko i nie widzieć Cytadeli ze starym miastem, które zresztą pomagał odbudować po wojnie Polak Kazimierz Kwiatkowki. Nie pisałem , że popularny >Kazik< „uratował“ także Hoi An.
Podczas wojny wietnamskiej miasto zostalo całkowicie zniszczone, a komuniści zabili prawie 5tyś osób.



Jako opcję transportu po raz pierwszy wybraliśmy pociąg, sugerując się opisami na innych blogach oraz w przewodniku Lonely Planet. Trasa, jak piszą, jest bardzo malownicza, z pięknymi widokami na klify, nabrzeże i góry. Można ją również pokonać np. na motorach jak Jeremy Clarkson i jego ekipa w jednym z odcinków Top Gear. Szkoda tylko, że wybraliśmy tę najpiękniejszą z możliwych tras w Wietnamie, akurat wtedy, kiedy pogoda sie zepsuła L

w pociągu nie wiem jakiej klasy


Zamówiony poprzedniego dnia kierowca był wyjątkowo wcześniej. Oczywiście nie byliśmy do tego przyzwyczajeni, gdyż zawsze czekaliśmy na transport tak długo, że zaczynaliśmy już wątpić, czy w ogóle kiedykolwiek się pojawi... Po około 30 min jazdy dojechaliśmy na dworzec w Da Nang.  Po drodze przeszła nas nawet myśl, żeby zatrzymać się przy Marble Mountains chociaż na kwadrans (co mogliśmy, a czego nie zrobiliśmy, ale o tym później).



dworzec w Da Nang

Przed wejściem na dworzec zrobiliśmy jeszcze pamiątkowe zdjęcie, a po drugiej stronie ulicy, na przeciwko dworca kupiliśmy banh my na potem. Kiedy na dworcu pokazałem pani w mundurze bilet machnęła tylko ręką na ławkę mówiąc „wait“. Jeszcze nie wiedzieliśmy , że ten gest będzie nam powtarzany kilka razy.  Poszliśmy więc do jednego z kliku sklepików mieszczących się na dworcu i dokupiliśmy prowiantu na drogę, tzn. słodyczy.  W budynku tego małego dworca złapiemy nawet wifi, jednak po toalecie nie spodziewajcie się cudów. Jak to na dworcach...

Mieliśmy około godziny do odjazdu. Turystów czyli „białych“ przybywało i ubywało. Większość słyszała to samo-wait.
Nasz pociąg zgodnie z planem miał odjechać o 12:05. Do  Hue mieliśmy dotrzeć na 16-16:30. Są oczywiście pociągi jadące 2,5-3h, ale nie jadą przez malowniczą przełęcz Hai Van Pass. Dystans dzielący Da Nang i Hue to ok 100km.

cargo skuterów przy dworcu

Jeszcze parę razy usłyszeliśmy od pani mundurze „nie wy, czekać“ . Kolejnym komunikatem było - opóźniony „fiftiyjn“ – świetnie. W zasadzie nie wiedzieliśmy czy nasz pociąg jest opóźniony 15 czy 50minut, ale zdawało się nam, że na tyle razy ile pokazywaliśmy bilet ta pani już pamięta gdzie jedziemy i nas poznaje. Ze względu  na to, że poczekalnia jest naprawdę mała, drzwi na perony otwierają się dopiero kiedy dany pociąg przyjedzie. Wtedy dopiero panie w mundurach pozwalają pasażerom wyjść z poczekalni i udać się do oczekującego na odjazd pociągu.
Wychodzi na to, że bilety można najtaniej kupić na samym dworcu, a nie rozumiąc wietnamskiego pomoże nam w tym elektroniczna sprzedaż z rozkładem w języku angielskim na urządzeniach stojących w hali dworca.

tutaj możecie kupić bilety na dworcu-będzie najtaniej

Po około godzinie spóźnienia po raz kolejny pokazaliśmy pani bilet, a ona nagle  doniosłym głosem krzyknęła „go go“.

Nasz pociąg nie różnił się bardzo od tych starych wagonów jak u nas w Pl. W środku dywan i klimatyzacja. Jakoś dojedziemy-najważniejsze widoki ,co nie? Szkoda tylko, że różnił się od innych pociągów, które przyjeżdżały- niestety na gorsze. Do tamtych lepszych wszyscy turyści wsiadali i co najważniejsze odjeżdżali!


My spędziliśmy kolejne 45min w pociągu, który stał i stał, a w którym było razem z nami całe 7osób! Proponowano nam nawet zmianę miejsca na kuszetki, ale podziękowałem. Obsługa chodziła po pociągu w tę i z powrotem, później biegała, a my dalej staliśmy na stacji. W końcu ok 14 pociąg ruszył... Dodam, że jedzie ok 5h, a my  dojedziemy dopiero na wieczór, tracąc  cały dzień...

wszyscy podróżni z całego pociągu



takie widoki za oknem podczas podróży pociągiem

Trasa może i jest malownicza, ale jak już pisałem mocno padało, co zresztą widać na zdjęciach. Do tego wszystkiego pociąg jechał z zawrotną prędkością 30km/h i miał 2 postoje, z czego jeden na 30min pośrodku niczego.
Mimo to samej jazdy wyszło nieco ponad 3h i w Hue byliśmy  o ile dobrze pamiętam po 18.




Musieliśmy coś zjeść. Na szczęście blisko dworca miałem zaznaczoną ciekawą knajpę,  znowu z czymś innym,  najważniejsze że ze specjałem z Hue.
Nie reagując na taksówkarzy twardo ruszyliśmy w kierunku jedzenia. Przecież 400m to niedaleko. Chyba zapomnieliśmy, że pada, a my mamy plecaki z ubraniami, aparatem, kamerą itd. Chwila namysłu, powrót i bierzemy taxi. Bez sensu byłoby iść, aby woda chlupała nam w butach. Taksówkarz wiedział gdzie ma nas zawieźć, ale gdy wysiadaliśmy chyba nie był zadowolony gdy na taksometrze wyszło jedyne 5tys vnd =1zł.
Rekonesans na ulicy, która to knajpa i już siedzieliśmy przy stole, przy „zupce“ w Quan Thai Phu na 2 D Dien Bien Phu. Zjedliśmy Bun thit nuong czyli grillowaną wieprzowinę z makaronem vermicelli, koszem świeżych ziół-a jakże- i ze specjalnym sosem z orzeszków ziemnych. Zapłaciliśmy jakieś 50tys vnd =2,5$ za 2 dania . Teraz trzeba było złapać taksówkę do hotelu.

 Bun Thit Nuong

a tak wyglądało zaplecze-kuchnia



Pamiętajcie, żeby łapać te najmniejsze, najlepiej zielone taksówki. Mają najniższe stawki. Czasem przez to czekaliśmy trochę dłużej, ale za to zaoszczędzaliśmy kilka vnd.

W końcu dotarliśmy do Than Thien- Freindly Hotel. Mieścił się  można powiedzieć w centrum i tym razem był to hotel=hotel co oznaczało bufet na śniadanie:) Jego obsługa jest bardzo miła i pomocna, a sam hotel naprawdę w rozsądnej cenie.
Od razu przy zameldowaniu oddaliśmy pierwsze pranie i wieczorową porą ruszyliśmy w miasto . Najpierw jednak trzeba było kupić peleryny:)

Po ciężkich negocjacjach ja wziąłem najtańszą „folie“ za 1$ , a żona miała modną różowiutką pelerynkę, a raczej palto za 3$. Później się okazało, że palto jest wygodniejsze. Nadaje się nawet na skuter:) a co najważniejsze w kapturze jest daszek, zupełnie jak w bejsbolówce, przez co krople deszczu nie moczą nam w ogóle twarzy.

Riksiarz i Hue nocą

Mijając jedną z agencji turystycznych postanowiliśmy wejść i zobaczyć plan wycieczek one day Hue tour oraz zapoznać się z  cenami.
Wiedziałem, że mamy 1,5-2dni na dawną stolicę Wietnamu , a atrakcje czyt. grobowce, pagody i przede wszystkim Cytadela ze starym miastem są porozrzucane po całym mieście i odległości do zwiedzania na własną rękę taksówką będą bardzo kosztowne. Skuter przecież nie wchodził w grę bo miało padać cały weekend.
Spytaliśmy też o ceny autobusów do Da Nang, a potem poszliśmy jeszcze do Sinh Cafe.

Biuro Sinh Cafe-stąd odjeżdża bus do Da Nang,Hoi An i dalej

W Sinh Cafe wycieczki były drogie, ale autobus tańszy, więc kupiliśmy autobus na niedzielę, na godzinę 13.  Koszt 5$ od osoby i miał jechać  bezpośrednio do Da Nang 2,5h.
Następnie wróciliśmy do pierwszego z biur i kupiliśmy  wycieczkę. Zdecydowaliśmy się na opcję bez rannego zwiedzania cytadeli, gdyż wymyśliłem, że tam pójdziemy sobie sami z rana w niedzielę.
Było zatem trochę taniej czyli ok 8$ za 3 grobowce, najbardziej znaną pagodę, lunch i rejs łodzią po rzece perfumowanej. Wierzcie mi, że taniocha jak  za takie odległości, jedzenie i rejs łódką. Nie ma szans zrobić tego samemu mniejszym kosztem i nawet nie wiem czy w 1 dzień, biorąc pod uwagę, że nie znamy drogi. Tak więc muszę polecić zorganizowaną wycieczkę zwiedzania Hue. Jedynie bilety wstępu  trzeba zakupić we własnym zakresie.  Nie są to jakieś ogromne sumy, każdy grobowiec to 100tys ,a cytadela 150tys vnd. Można zaoszczędzić kupując bilet combo, czyli 2 dniowy i wtedy 3 grobowce z cytadelą kosztują chyba 360tys vnd więc oszczędzamy 4$ na osobie.

Banh Beo

Kolację zjedliśmy w polecanym Hang Me Me niedaleko biura podróży oraz naszego hotelu, na ulicy 12-16 Vo Thi Sau. Ten prawdziwy lokal to ten składający jakby z dwóch budynków – sal. Piszę o tym, bo obok ktoś postawił sobie budynek z tą samą nazwą, gdzie przez pomyłkę zabłądziła nawet jedna z wycieczek.

ciasteczka ryżowe posypane krewetkami

Knajpa znana jest z banh beo, czyli naleśniczków ryżowych z krewetką, podawanych w miseczkach. Polewa się je słodko-ostrym sosem. My wzięliśmy także ciasteczka ryżowe smażone w głębokim oleju na górze z naleśnikiem z krewetką w środku oraz mięso mielone w sosie pomidorowym zawinięte także w ryżowy naleśnik , a następnie liść bananowca. Porcje są spore i niedrogie.

DZIEŃ II

Niestety wciąż padał deszcz. Po dużym śniadaniu - wreszcie, wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy na lokalny targ po drugiej stronie rzeki-Dong Ba. Nasza wycieczka zaczynała się o 10:30, a nie jak w przypadku pozostałych o 8:30, którzy na Cytadelę  mieli niecałe 2h. Poszwędaliśmy się trochę po targu. Gdyby nie ulewa bylibyśmy zachwyceni łażeniem posród wszystkich kramów,  ale na zewnątrz ciężko się chodziło  po kałużach . Tak więc już około godziny przed wycieczką czekaliśmy na autobus, oczywiście przy porannej kawce z lokalnymi, niedaleko hotelu.  Kawa mocna, gęsta i pyszna za rozsądne 2zł, a nie 1$ jak wszędzie indziej w turystycznych miejscach. Dodatkowo tutaj chłopak powiedział nam o bilecie combo na atrakcje miasta.
 mocno padało


mocna, gęsta kawa i herbatka

Autobus przyjechał punktualnie. Dojechawszy pod Cytadelę czekaliśmy jakieś 15min na parkingu na resztę wycieczki. Była chwila na to żeby  wymienić spostrzeżenia z innymi ludźmi, którzy stare miasto zwiedzili już dzień wcześniej.

Gdy wszyscy znaleźli się już w autobusie , pojechaliśmy zaledwie kawałeczek  do jakiegoś starego domu z ogrodami, gdzie wstęp był za 1$. Następnie nieopodal do najbardziej znanej w Hue Pagody Thien Mu.

 Thien Mu Pagoda

Co do zorganizowanej wycieczki to wiadomo , że dla ludzi podróżujących na właśną rękę, jak my, część rzeczy jest irytująca jak np. zanim wszyscy wysiądą – wsiądą czy też umówiona godzina zbiórki, a ktoś się spóźnia, przysłowiowe 5 min. na foto itd.
Są też plusy, jak dobry przewodnik. Nasz był w porządku i przypominał mi trochę naszego sympatycznego przewodnika Ra Rathra z Sieam Reap w Kambodży. Bardzo dobrze wyrażają się o buddcie i mówią z fajnym dla angielskiego akcentem,  z naprawdę dużym zasobem słów.

widok z pagody na perfume river

Później mieliśmy lunch w formie buffetu.  Nie mogliśmy narzekać chociaż jak wiadomo,  na takich lunchach mięsa to za dużo nie będzie. Siedzieliśmy z miłymi amerykanami z San Francisco, których uznałem wcześniej za Francuzów. I dlaczego ciągle pytali czy boimy się nacisku Putina?! Co oni w tej hamburgerowej tv oglądają?:)

Po lunchu w planie były 3 grobowce. Przewodnik zbierał w autobusie pieniądze na wstępy i mówił, że nie trzeba iść oraz odradzał 2-gi grobowiec podczas wycieczki. Odwodził także nas, gdy mówiłem mu, że chcemy bilet combo-city na wszystko.

Jedna ze starożytnych bram do grobowca

Pierwszym z grobowców był Minh Mang, który znajdował się chyba na największym terenie. Jeśli leciałoby się samolotem można by zobaczyć cały teren jakby w kształcie człowieka, gdzie ramiona trzymają jeziora ,a nogi są statułami.
Niestey wciąż mocno padało.


strażnicy pilnujący króla

Drugim grobowcem był Tomb of Khai Dinh. Przewodnik go odradzał mówiąc , że jest taki sam jak pozostałe, a że warto iść do trzeciego. My chcieliśmy bilet na wszystko i nie żałujemy. On powiedział, że 80% świątyni widać zza bramy, więc nie ma sensu. Co prawda ten grobowiec akurat jest chyba najmłodszym i wybudowanym z betonu - czego nie widać. Trzeba dodać, że przy budowie każdego grobowcu ciężko pracowało wiele tysięcy ludzi, spedzając tam 5-10lat.
 tutaj można wejść do środku



Trzecim i ostatnim w naszym planie był Tu Duc. Dla nas najsłabszy, a może dlatego że ciągle padało i byliśmy już zmęczeni? Na pewno w słoneczną pogodę zwiedzało by się inaczej i zdjęcia byłyby inne. Co prawda nie mówię o upale 30stopniowym, bo wtedy wiadomo, że z skrajności w skrajność.



Jadąc w kierunku miasta musieliśmy oczywiście się zatrzymać w jednym z zaprzyjaźnionych sklepików, jak to zawsze bywa na wycieczkach zorganizowanych. Mogliśmy jednak zobaczyć jak ciężko wytwarza się słynne kadzidła, których w krajach azjatyckich używa się mnóstwo m.in w świątyniach.
pani pokazuje jak robić kadzidełka



Rejs łódką był już tylko zwieńczeniem całej wycieczki. Po prostu zwykłym resjem, który można by pominąć a gdzie równie dobrze mogli nas zawieźć autokarem. W planie był „beautifuul sunset on perfume river“.
Zachodzącego słońca nie mogliśmy ujrzeć z powodu deszczu, a rzeka była brudna i śmierdząca, z biegającymi szczurami.

takimi łodziami się pływa po rzece

Wycieczka zakończyła się ok 17 po środku miasta. Chcieliśmy coś zjeść, a jeden z lokali ze słynnym  Bun Bo Hue był zamknięty. Jakaś dziewczyna podpowiedziała nam żeby iść dalej za rogiem ulicy, gdzie zjedliśmy na „chodnikowej“ garkuchni kolejną nowość-Bun Bo Hue.
Bun Bo Hue


Ciepłą i ostrą więc rozgrzewającą zupę, jednaki zdecydowanie nie jest to nasz nr 1. Ja nie sądziłem, że w Wietnamie ubiorę zimową kurtkę, która wylądowała na dnie plecaka zaraz po przylocie.




Wieczorem poszliśmy mostem Dap Da jeszcze coś zjeść. Dokładnie nie „coś“ tylko konkretnie Com Hen. Znależliśmy nasz lokalik prz ul. 17D Han Mac Tu. Będąc w Wietnamie musicie zwracać dokładnie uwagę na nr lokali. Jedynie tak można dobrze trafić, bo np po tej stronie rzeki wszyscy robili słynny Com Hen.
Był to ryż w małych miseczkach z mikroskopijnymi małżami, ziołami i orzeszkami. Porcje nie były ani duże ani zbyt małe, a miseczka miała kosztować 10tys vnd! Zjedliśmy po 2 miseczki i do tego deser Che. Panie śmiały się z nas co nie miara bo ja próbowałem oczywiście zamawiać po vietnamsku. A jak! Druga wizyta w tym kraju do czegoś zobowiązuje! Pewnie zamówiłem inny rodzaj deseru, bo jest ich mnóstwo, ale i tak był dobry jak na deser z fasoli, kukurydzy, jakichś żelków i galaretek z mlekiem kokosowym.

 Com Hen z miniaturowymi małżami



opiekunka :)

Kolejny raz objedzeni zaczęliśmy się zastanawiać ile nas skroją za tą ucztę z lokalnym  piwem Huda beer, które również zamówiliśmy. Rodzinka prowadząca lokal, do którego podjeżdżało dużo ludzi na skuterach biorąc ryż-Com na wynos, była bardzo miła, a nawet podrzucili nam do bawienia swoją niespełna roczną wnuczkę. No dobra, wszystko fajnie, ale ile nas skroją? 4 miski ryżu, piwo, deser. Skoro miski miały kosztować po 10tys vnd to jak policzą podwójnie to może wyjść ok 100tys, może 150? Ale co tam, było pyszne i znowu spróbowaliśmy czegoś innego. Pytam po wietnamsku ile płacimy, gdzie słyszę odpowiedź po wietnamsku, ale już nie rozumiem:) Stary dziadziuś pokazał nam na kalkulatorze 53ty vnd, 2,5$ ! I właśnie takie miejsca gdzie było mega smacznie, miło i nie zostało się skrojonym zostaną w pamięci.

DZIEŃ III

Ostatni dzień w Hue. Pokój mieliśmy do 12, autobus o 13 , 400metrów od nas spod Sinh cafe.
Z samego rana po godzinie 8 udaliśmy się więc do głównej atrakcji Hue - Cytadeli i starego miasta.

tak zwiedzaliśmy cytadelę


Podczas wojny strony umówiły się, że nie będą bombardować antycznego miasta, ale niestety ostało się zaledwie 20 ze 148 budynków. Miasto na planie kwadratu, ogrodzone jest murem wysokim na 6metrów, a każdy bok ma 2,5km długości. Nieźle co? Szkoda, że LAŁOoooo!
Znowu napiszę, że można by tu spędzić nawet i pół dnia, bo teren jest rozległy, wystarczyłoby,tylko żeby nie padało... Wszystko wyglądałoby inaczej, począwszy od wielkich pięknych ogrodów, do odwiedzenia teatru włącznie. W jednym z pierwszych budynków od wejścia można przebrać się w stroje starożytnych cesarzy i zrobić sobie zdjęcie. Oczywiście za opłatą.




My zwiedzaliśmy jak najwięcej pod dachem, idąc pod zadaszonymi chodnikami. Byliśmy niestety przemoczeni mimo tego, że mieliśmy ubrane peleryny, a w butach chlupała woda. O 10:30 byliśmy już z powrotem pod hotelem. Tak więc 2h spokojnego zwiedzania samemu wystarczyło, co jak się zresztą mogliśmy zrobić dnia poprzedniego z przewodnikiem z naszą wycieczką, która byłaby wówczas droższa chyba o 1$. W ten sposób już po 10 rano bylibyśmy w Da Nang, ale nasze szczęście lub nieszczęście tam też nie było słońca.

 teatr-spektakt ok 10




coraz bardziej padało

My teraz mieliśmy inny problem, mokre ciuchy i buty!!!
Pamiętałem, że obok hotelu była duża pralnia, bo zawsze ładnie pachniało na ulicy. Mówiłem już o oddawaniu prania w Wietnamie? Polecam – jest tanio, uprasowane bądź nie, zależy. Wyprana na miejscu bluza tydzień po powrocie nadal pachnie i przypomina nam Hue. Normalna cena to 1$ za kg, ale w hotelu może być troche drożej.
Uprosiłem sympatyczną panią w pralni o ekspresowe wysuszenie ubrań, a przede wszystkim butów na godzinę 12! Wcześniej próbowaliśmy podsuszyć część rzeczy w hotelu suszarką do włosów, udało się tylko z rękawami w kurtkach, bo po włożeniu do buta wysiadła:)  Nie było czasu na pranie, ale skoro piorą to i odrazu suszą. Krótko mówiąc pani uratowała nam skóry i po godzinie za jedyne 3$ mieliśmy suchutkie dresy i buty!

Śmieszne 400m do sinh cafe musieliśmy dojechać taxi bo.... lało! Spod biura busikiem zabrali nas do miejsca gdzie czekał właściwy sleeper bus czyli autobus sypialny z wifi.

Rzeczywiście po 2,5h byliśmy w Da Nang.

Jak zawsze cały album z Hue tutaj











2 komentarze:

  1. Wietnam kryje wiele takich ciekawych miejsc :] Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że jest co zwiedzać :) Też od jakiegoś czasu mam chęć wybrać się w te strony.

    OdpowiedzUsuń